Chleb eucharystyczny – Ciałem Pańskim
Część 2

 

„Pójdź za mną!”

Jezu Kochany! Nie obce mi jest to Twoje wezwanie. W tej chwili przyznaję się jednak do tego, że te słowa, które w jakiś inny sposób niż przez zmysł słuchu dochodzą do mojej świadomości, wprawiały mnie często w zakłopotanie. Pod ich wpływem rozpierała mnie nieraz w pierwszej chwili radość i duma nawet. Byłem gotowy na wszystko. Moja zaś wyobraźnia, którą nazywałem zapałem serca miłującego Ciebie, ukazywała mi wielkie czyny i sprawy na szerokich szlakach podczas wędrówek za Tobą.

Były to jednak tylko dłuższe lub krótsze chwile, po których zawsze musiałem wracać do szarego i jakżesz nieraz ciężkiego życia pośród tysięcznych trudności i przykrości. Jeśli zaś nie chciałem sam – bo zdarzało się i tak – powracać do uciążliwej dla mnie powszedniości, to wtedy twarda i nieustępliwa konieczność życia w określonych warunkach przywoływała mnie – nieraz nawet brutalnie – do porządku i zmuszała do zwykłych zajęć w domu i w zakładzie pracy, do codziennych wędrówek tymi samymi ulicami, do obcowania z tymi samymi, jakże już dobrze znanymi, a nieraz aż budzącymi we mnie niechęć, ludźmi. Po prostu z nieubłaganą koniecznością powracała mi monotonia dni powszednich, podobnych do siebie jak kropla wody.

Chryste! Ty wiesz dobrze, jak mnie to męczy; jak duszę się wprost w tej jednostajności. A odczuwam to wszystko tym dotkliwiej, że stale brzmią mi w uszach Twe słowa: „Pójdź za mną!”, a w ślad za nimi snują się i tłumnie cisną się myśli o nieskończonych wprost możliwościach wielkich prac dla Ciebie na tym przeludnionym globie ziemskim.

O Jezu! jakże ciężkie są to dla mnie chwile! Co mam zrobić? Czy faktycznie mam porzucić tę przerażająco męczącą mnie szarzyznę życia, aby – wyzwolony z niej – pójść za Tobą po drodze tych jasnych i pociągających obrazów, które wprost prześladują mnie dniami i nocami? Czy naprawdę zerwanie ze zwykłym wszystkim ludziom stylem życia jest Twoim nakazem, zawartym w tym wezwaniu: „Pójdź za mną”?

O Jezu! Poucz mnie, bo sam nie potrafię już odróżnić, dokąd sięga Twój nakaz, a odkąd zaczyna się tylko wybujała i rozgorączkowana moja wyobraźnia. Czuję bowiem, że w jakimś momencie zbaczam z właściwej drogi, odrywam się od życia i poczynam błądzić po manowcach, albo bujać w ukoronowanych przez siebie obłokach. A Ty na pewno nie wzywasz mnie ani do jednego, ani do drugiego. Na czym więc polega owe pójście za Tobą? Oto wpatrzony w Ciebie, Utajonego pod postacią Chleba, żebrzę o odpowiedź.

Oto uroczystość Twojego, o Jezu, Bożego Ciała, utajonego pod postacią Chleba. Wychodzisz z kościoła w procesji i wzywasz mnie: „ Pójdź za mną!”. Posłuszny Tobie kroczę za Tobą ze świecą w ręku, wpatrzony w Ciebie, otoczonego tłumem wiernych i kroczącego przez ukwiecone ulice. Wzrok Mój pada z Ciebie na płomień świecy. Rozmiłowany w Tobie i w podniosłym nastroju ducha porównuję siebie do tej świecy, spalającej się dla Ciebie. I czuję niejako, jak moje serce płonie uczuciem czystej miłości ku Tobie; jak dusza moja otwiera się na działanie Twojej łaski i pożąda wydawać blask świętości, świadczącej o Twoim działaniu w niej.

W międzyczasie uroczysta procesja rozwija się okazale. Modlitwa, śpiew, kadzidła, kwiaty przeplatają się, uświetniając Twoją podróż przez nasze ulice i podkreślając podniosły nastrój tego niecodziennego wydarzenia. Przecież to Ty, o Jezu, raczyłeś wejść w sam głąb naszego szarego ludzkiego życia; raczyłeś pójść tymi samymi ścieżkami, które codziennie przemierzamy; raczyłeś niejako otrzeć się o te miejsca, w których dzień po dniu przez rok cały tyle przeżywamy w znojnym i upalnym trudzie pracując na kawałek chleba dla siebie i dla swoich. Teraz Ty kroczysz tędy i siejesz wokół promieniami Swego Boskiego, a zarazem tak bardzo po ludzku okazywanego miłosierdzia; siejesz nimi na ludzi i na miejsca, w których żyjemy, pracujemy, płaczemy, radujemy się, chorujemy i umieramy. I chociaż nie widać tych drżących z miłości promieni Twojego spojrzenia, to jednak wierzę mocno, że oczyszczasz nimi i uświęcasz ten nasz padół płaczu – te ziemie wygnania i krainę naszej doczesnej wędrówki – powrotu do Ojca. I chociaż Ty przechodzisz tylko, to jednak od tej uroczystej procesji każda droga, ścieżka i każde miejsce, przez które przeszedłeś, o Utajony, lśni już łaskami Twej Miłości, obficie rozsianymi przez Ciebie. Ty wprawdzie wracasz do kościoła, ale ja będę mógł jutro zbierać wszędzie te łaski.

Chryste! Oto nagle pojmuję, co to znaczy pójść za Tobą! To nie tylko podążać za Tobą w uroczystym i podniosłym nastroju odświętnych i oficjalnych Twoich pochodów. To przede wszystkim iść śladami Twojej rozsianej obficie Miłości i odczytywać je wszędzie i we wszystkim, aby odpowiadać jej wiernie w codziennym znojnym życiu. To pozwolić na to, abyś Ty wypełnił moje życie we wszystkich jego przejawach Swoją Miłością. Po prostu żyć Miłością, czyli Tobą! – Jezu! Czyż wtedy życie może być jeszcze monotonne? Wszak Miłość jest tak bogata i urozmaicona, że potrafi wszystko ożywić i nadać każdej czynności głęboką treść. Miłość bowiem jest Życiem! A ja chcę ŻYĆ!

O Chryste Panie! Teraz już rozumiem Twoje wezwanie: „Pójdź za mną!” To nie żadne wielkie marzenia, które szybko sprawiają, że moje zwyczajne życie staje się nudne i monotonne, bo bez żadnej treści – bez Miłości; to nie bujanie po różnych obłokach rozpalonej wyobraźni; to nie szukanie Ciebie w wielkich czynach, spełnianych rzekomo dla Ciebie. Nie! Na pewno nie! To przede wszystkim spokojne, uważne życie Twoją Miłością na co dzień; to pilne i skrzętnie odszukiwanie i zbieranie śladów Twojej Miłości odradzającej wszystko; to wierne podążanie w Twoje ślady, czyli naśladowanie Ciebie w miłowaniu wszystkiego i wszystkich na każdym kroku; to po prostu miłowanie Boga i ludzi w trudzie, znoju, płaczu, pracy, w każdym ruchu i czynności, w szczęściu i niedoli, w zdrowiu i chorobie, w życiu i umieraniu.

Jakież bogactwo życia otwiera się przede mną! Bogactwo może ukryte dla oka ludzkiego, pozbawione rozgłosu i zwodniczego blichtru; bogactwo, które nie schlebia mojej próżności i chęci błyszczenia. Ale tym cenniejsze, bo cicho na co dzień wzbogacające Miłością życie moje i moich domowników oraz współtowarzyszy pracy; bo każące mi odbierać od Ciebie Miłość i dawać ja bez ograniczeń na każdym kroku, w każdej chwili- czyli nie pozwalające mi ani na próżnowanie, ani na nudzenie się i „ przykrzenie” sobie jednostajności życia.

Jezu, to wszystko stało się dla mnie oczywistym dlatego, bo posłuszny Twojemu wezwaniu: „Pójdź za mną!”, poszedłem za Tobą Utajonym w Eucharystii, wierząc, że ów Chleb jest Twoim Ciałem. Poszedłem więc po prostu za Tobą, żyjącym i działającym wśród nas. Poszedłem i w konkretnej wierności Tobie na co dzień pojąłem głębię Twoich słów; Kto za mną idzie, nie chodzi w ciemnościach, ale ma światłość żywota.

Tak! Życie moje na pozór szare i bez blasków staje się teraz radosne i jasne; staje się inne, nowe, właśnie w swojej codzienności, ożywionej jednak Twoją Miłością. Dzięki Ci przeto składam, Jezu, za to oświecenie mnie. Korząc się zaś u stóp Twoich, przyrzekam Ci i wyznaję Tobie, że nie pójdę już za nikim w poszukiwaniu nowości życia, jak tylko za Tobą, bo Ty jeden tylko „posiadasz słowa żywota wiecznego”.