Wydrukuj tę stronę

A ty, gdy chcesz się modlić ...

 

Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie (Mt 6,6).

 

Czytam to zdanie z Ewangelii według św. Mateusza i zastanawiam się jak to jest z budowaniem tej  izdebki modlitwy w sercu dziecka. Nie myślę o modlitwie jako o obowiązku odmówienia porannego i wieczornego pacierza, wysłania dziecka na niedzielną Mszę św. i obowiązkowe nabożeństwo przed pierwszą komunią świętą czy bierzmowaniem. To jest ważne. Ale… myślę o czymś więcej, o modlitwie jako głębokiej, osobowej relacji z Bogiem, Ojcem i najlepszym Przyjacielem. W budowaniu tej relacji ważny jest poranny i wieczorny pacierz i niedzielna Eucharystia. Cenne są nabożeństwa przed przyjmowaniem kolejnych sakramentów. Ale to wszystko, to o wiele za mało.

Gdy patrzę wstecz na budowanie izdebki modlitwy w sercach naszych dzieci, zauważam jedno. Największą troską było budowanie naszej osobistej i małżeńskiej relacji z Bogiem. Troska o modlitwę dzieci jakoś w tę osobistą relację z Bogiem wpisywała się sama.

Była więc nasza modlitwa małżeńska. Codziennie wieczorem od pierwszego małżeńskiego dnia. Tej modlitwy nie zabrakło nigdy. Nawet w chwilach gniewu i kłótni. Gdy zbliżał się wieczór, trzeba było się pojednać, aby móc wspólnie stanąć przed Bogiem. Bywało, że to pojednanie następowało grubo po północy. Ale… nie zachodziło słońce nad gniewem naszym (por. Ef 4,26).

Była wspólnota domowego Kościoła, a później Apostolstwa Modlitwy spotykająca się w naszym domu. Były nasze małżeńskie rozmowy o Bogu, o wierze, wspólne czytanie Pisma świętego i książek o których się rozmawia, dyskutuje, dzieli własnymi przemyśleniami. I zawsze było wspólne uczestniczenie w Mszy św. – tej niedzielnej i, jeśli tylko jest taka możliwość, tej codziennej.

Dzieci w tym jakoś uczestniczyły. Klękały z nami do modlitwy, zadawały pytania, przysłuchiwały się rozmowom. Starsze, włączały się w dyskusję.

Nigdy nie uczyliśmy dzieci różańca. One nauczyły się go same, przysłuchując się naszej modlitwie i włączając się jakoś w modlitwę wspólnoty w czasie spotkań modlitewnych w naszym domu. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego różaniec, uważany za modlitwę dla dzieci nudną, był w czasie tych spotkań jak magnes. Gdy zaczynaliśmy go odmawiać nasze dzieci, zwłaszcza „średnia” córka, dotąd zajmujące się „swoimi sprawami”, przybiegały, siadały w środku kręgu i wpatrzone w, ustawioną na podłodze, płonącą na świecę, odmawiały go razem z nami.

Gdy nie mogły pojąć, odmawianego w każdy pierwszy piątek miesiąca, „Aktu ofiarowania rodziny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa”, otrzymały swój własny „Akt ofiarowania się dziecka Najświętszemu Sercu Pana Jezusa”. Odtąd modlitwa: Kochany Panie Jezu, Tobie ofiaruję moje serce… stała się ulubioną modlitwą całej trójki. Najmłodsza latorośl przez pierwsze lata pełnego uczestnictwa w Mszy św. uczyniła z niej swoją modlitwę po komunii.

I zaowocowała ta nasza domowa izdebka modlitwy, gdy przyszedł czas dojrzewania i szukania własnej drogi wiary. Skończyło się wtedy przybieganie, by włączyć się we wspólną modlitwę (choć najmłodszy, siedemnastoletni syn, do dzisiaj woła ze swojego pokoju: zawołajcie mnie na ostatnią dziesiątkę różańca), jest za to samodzielne czytanie Pisma św., wyjazdy na przeróżne rekolekcje i … pozostawiony rano na poduszce różaniec. Bogu niech będą dzięki! (kk)