Wydrukuj tę stronę

Pod Ścianą Płaczu

 

Pod Ścianą Płaczu

 

Wraca wspomnienie sprzed kilkunastu tygodni – Ściana Płaczu w Jerozolimie… To dzięki Dominice dotarło do mnie, że oto podchodzę do ostatniej ściany, jaka została ze Świątyni, w której są tak samo i nasze korzenie. Obok modliły się Księgą Pisma dwie młodziutkie Żydówki. Tak my jak i nasi starsi w wierze Bracia i Siostry - wszyscy jesteśmy potomstwem Abrahama, czyli każdy z nas jest jedną z tych malutkich gwiazdeczek (obiecanych Abrahamowi przez Pana), które tak licznie świecą na naszym wspólnym niebie.

Kiedy dotknęłam ściany, poczułam jakby te kamienie zaczęły krzyczeć - i ja też nie mogłam powstrzymać głośnego płaczu. Zapragnęłam w szczeliny między kamieniami, włożyć karteczkę z modlitwą: obyśmy byli jedno...

Zrozumiałam, że Świątynia Jerozolimska nie mogła się ostać, bo była zbudowana tylko na prawie i przykazaniach - ostał się za to Wieczernik, bo zbudowany na Miłości...  Jezus wiedział już o tym, kiedy powywracał  stoły handlarzy i bankierów. Znał Ojca i wiedział, że Boga nie można kupić przez modlitwy i przez przestrzeganie tylko prawa, sprawiedliwości... Ten Jego gniew przed Świątynią, był takim samym smutkiem, jak wtedy kiedy zapłakał nad Jerozolimą. I my też z Dominiką płakałyśmy... Płakałam najpierw nad naszą zagubioną tożsamością, nas - potomków Abrahama. Potem pomyślałam, że nie mogę mówić, myśleć w liczbie mnogiej "my" i "oni" - a tylko: "ja". Popatrzyłam na hebrajskie Pismo modlącej się obok mnie Żydówki, zaczęłam głaskać te literki i uśmiechać się do niej przez łzy. Z Dominiką półgłosem modliłyśmy się psalmami - była to piękna modlitwa...  Po raz kolejny doświadczyłam tego, że Bóg jest poza czasem. Po raz kolejny poczułam, że wszystko na tej pielgrzymce dzieje się w czasie teraźniejszym ciągłym… w "wiecznym teraz"...

Na koniec, kiedy zobaczyłam jak niektóre kobiety żydowskie odchodzą twarzą zwrócone ku Ścianie Płaczu, pomyślałam sobie, że nie przypadkiem był to ostatni punkt naszego pobytu w Jerozolimie i właściwie całej pielgrzymki. Odczytałam to tak, że my powinniśmy zrobić dokładnie odwrotnie - nie oglądać się za siebie i odjechać z Miasta, które nie odczytało swojego Imienia i nie poznało znaków czasu (wg przekazów, kiedy Jezus ze szczytu Góry Oliwnej wstępował do nieba, Jego stopa na kamieniu była ponoć odbita w takim kierunku, że nie patrzył już na Jerozolimę, chociaż kochał to Miasto).

Myślę sobie, że my teraz mamy jechać do swojej Galilei, czyli do swojej codzienności i  tam budować rodziny, domy i miasta pokoju!  Obyś tylko, Jezu, nie płakał nad nimi…

Wciąż o tym myślę.

Maria Owsiak