Wydrukuj tę stronę

O radościach i trudnościach


W kaplicy adoracji jest cicho

„W kaplicy Adoracji jest cicho. Nie głosi się tu kazań, nie śpiewa się nawet pieśni. Nikogo się nie przekonuje, nie działa na niczyje myślenie, ani na niczyją wrażliwość. Jest bardzo cicho. Bo On tu jest, kochany i kochający. Bóg, który jest i który jest Miłością. Tu jest obecność wzajemna: On z nami i dla nas, my z Nim i dla Niego. Obok ruchliwej, rozstukanej obcasami, szumiącej samochodami ulicy jest ten cichy azyl skupionej myśli i radującego się Obecnością serca. Myśl i serce żyją tu z sobą w zgodzie, klęczą, jak dwa kolana obok siebie, objęte odwieczną Myślą i odwieczną Miłością. Tu jest tak cicho, bo tu dokonuje się „kosztowanie i oglądanie”, doświadczanie modlitewne, wewnętrzne, więc ciche, że On jest i że jest dobry” (o. Mieczysław Bednarz SI)

 

Jednej godziny nie mogłeś czuwać?

„Kiedy przychodzę na adorację, przychodzę do Kogoś i mówię Mu: dobrze, że jesteś. To zdanie ma różne zabarwienia emocjonalne, w zależności od tego co jest aktualnie w moim sercu. Przychodzę, aby wyciszył emocje, niepokoje i lęki, bym mogła usłyszeć Go obecnego w Słowie i we mnie samej. Patrzę na Niego, wystawiam się na Słońce (Jezus słońce sprawiedliwości), bo tylko On może uczynić  mnie piękną swoja oblubienicą i dać wiarę w to piękno. Przynoszę Mu też moich braci i siostry, aby tak jak dawniej uzdrawiał ‘dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucał’.

Wierzę, że i On patrzy na mnie i nie przeszkadza Mu to, że czasem przysypiam lub z trudem trwam w Jego obecności. Od Wielkiego Czwartku,  któregoś roku, kiedy to usłyszałam słowa Jezusa skierowane do Piotra: ‘jednej godziny nie mogłeś czuwać’ , staram się, by dniem mojej adoracji był m.in. czwartek, a kiedy coś wypada, że nie mogę przyjść, to odczuwam w tym dniu brak czegoś.  Adoracja jest dla mnie takim małym doświadczeniem nieba, gdzie nic nie trzeba robić, tylko trwać, a On dokonuje reszty (Antonina)


Początek był trudny

Moje postanowienie o  Adoracji  Najświętszego Sakramentu podjęłam 1 04.2005 roku w Kaplicy Wieczystej Adoracji przy Bazylice Miłosierdzi Bożego. Zapisałam się na nocne czuwanie na 4.04.2005. Miało się spełnić pragnienie mojego serca: Tylko mój Bóg i ja. Do 23.00 byli ludzie modlący się w kaplicy i to było tak jak zawsze,nagle zostałam sama w kaplicy. Mój Bóg i Swórca i ja, nie wiem dlaczego, ale wpadłam w popłoch : co ja mam robić? co ja mam mówić ? jak się zachować?. Mogłam wziąć do ręki różaniec i się modlić, ale ja zapragnęłam spotkać się z Panem Jezusem. Okazało się to zbyt trudne i jak ktoś przyszedł do kaplicy zaraz wyszłam. I wtedy jak wyszłam myślałam o tym jak wrócić i z czym wrócić.

Tej nocy udało mi się wytrwać do ranka, ale to był jedyny sukces. Od tej pory wiedziałam, że naprawdę spotkać się z Panem Jezusem nie jest dla mnie proste. Od tej pory myślałam o tym jak się spotkać, jak uwielbić, jak adorować, tak aby była w tym prawda. Zaczęłam przygotowywać się na spotkanie, tak jak na spotkanie z kimś najważniejszym w moim życiu, wzbudzałam w sobie pragnienie spotykania się. Wiem, ze Bóg jest, że czeka na mnie, że mnie kocha, ale to pytanie : a co ja? To doprowadziło mnie do kolejnego ważnego spotkania: otwarłam się całkowicie przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie i wtedy poczułam się „dotknięta” Jego Miłością i znowu się zamknęłam. Spotkania znów były, ale „ ostrożne” Zrozumiałam, że lękam się tego, czego tak bardzo pragnę, o co się modlę, o co staram: Miłości i bycia kochanym.. I wtedy usłyszałam te słowa Ojca Świętego : „Nie lękaj się, otwórz na oścież drzwi Chrystusowi”. Zrozumiałam wtedy o jakim leku mówił. Od tej pory staram się otwierać moje serce Panu Jezusowi, tak aby On mógł spotkać się ze mną, a potem ja spotykam się z Nim. Najpierw On, potem ja i patrzę czym wypełniona jest przestrzeń między nami. Staram się aby tych spotkań było jak najwięcej, w miarę możliwości, ale pragnienie spotkania na Adoracji Najświętszego Sakramentu uczą mnie żyć w obecności Pana Jezusa stale, uczą mnie adorować Pana Jezusa, którego przyjmuje w Komunii Św. Bóg jest w Najświętszym Sakramencie czyli dla mnie niejako w świecie zewnętrznym i jest w moim sercu, bo Go przyjmuje. Oczywiście cały czas patrzę, gdzie ja wtedy jestem. Ale jednego jestem coraz bardziej pewna On Jest zawsze i wszędzie tam gdzie jestem ja i to powoli wyzwala mnie z lęku przed Miłością (Ania).

 

Owoce adoracji

Adoracja Pana Jezusa poza Mszą Świętą jest wspaniałą formą spotkania z Bogiem, obecnym rzeczywiście, realnie, substancjalnie pod postacią Chleba.
Ten sposób obecności Pana jest zupełnie inny niż sposób Jego obecności w braciach czy siostrach, w zgromadzeniu liturgicznym, w czasie czytania Pisma Świętego. We wszystkich tych sytuacjach obecny jest Pan Jezus, jednakże sposób Jego obecności jest różnorodny. Święta Hostia jest rzeczywiście uprzywilejowanym sposobem obecności Pana.

Pierwszym owocem adoracji w życiu jest najpierw wzrost nadprzyrodzonej wiary. Aby adorować, trzeba czynić akty wiary. Nie czujemy obecności Pana, nie widzimy Go. Aby adorować biały, okrągły kawałek chleba, trzeba naprawdę oprzeć się na słowie Chrystusa, które jest prawdą i nie oszukuje nas, mówiąc To jest Ciało Moje (Mk 14,22). Wzrastając w tym akcie wiary, tzn. w uznaniu tego, kim Bóg jest i co robi, dochodzimy do wiary coraz większej, bardziej oczyszczonej i rozumnej.

Adoracja odkrywa przed nami nowe światło, coraz bardziej wypełnione tajemnicą. Oczyszcza inteligencję, daje większą jasność, nawet w sprawach konkretnego życia, w problemach, które zdają się nie mieć nic wspólnego z Eucharystią - po prostu dlatego, że wszystko upraszcza, stawiając nas wobec ostatecznej rzeczywistości.

Na dodatek, nawet jeśli nie potrafimy tego udowodnić, wiemy dobrze, że adoracja prowadzi nas do współczucia i miłości. Jeżeli w Eucharystii adorujemy naprawdę Pana, który cierpiał, Pana, który był doświadczony każdą z naszych słabości, który przyszedł, by współczuć, wybawiać, uzdrawiać, by uwolnić więźniów, nie możemy nie czynić jak On i stopniowo wchodzimy we współczucie. Adorując stajemy się coraz bardziej podobni do Niego. I wzajemnie - współczucie, służba innym, zetknięcie się z ludzką nędzą fizyczną, moralną, duchową itd., odsyła nas do adoracji. Ten dwustronny ruch - od adoracji do współczucia i od współczucia do adoracji wspaniale ukazuje Matka Teresa, Misjonarki Miłości i wiele innych zgromadzeń oddanych równocześnie adoracji i służbie potrzebującym.

Adoracja eucharystyczna przemieni całe nasze życie przez tę osobistą, całkowitą bliskość z Panem. Jezus obecny w tym sakramencie przychodzi, by mieszkać w nas i pośród, nas. Jego obecność przemienia nas i ożywia. Powoli życie i uczucia Chrystusa stają się naszymi, abyśmy mogli w prawdzie powiedzieć: Teraz już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus (Ga 2,20).

Adoracja będzie nas także uwalniać i uzdrawiać, bo to przecież ten sam Jezus, który przyszedł uwolnić więźniów, przywrócić wzrok niewidomym, który przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc, jest osobiście obecny w Eucharystii.

Adoracja daje nam bardziej współpracować w dziele zbawienia, bo adorujemy Adorującego, który naprawia wszelkie zniewagi, wszelkie bałwochwalstwo, wszelki grzech świata popełniony przeciwko Ojcu Światłości. Gdy przed Komunią słyszymy "Oto Baranek Boży...", wierzmy, adorujmy z wiarą Tego, który poprzez swą jedyną Adorację niesie i gładzi grzech świata. Gdy poświęcacie czas na adorację i zdaje się wam, że nic nie robicie, możecie uczestniczyć w zbawieniu świata jednocząc się z Chrystusem Zbawicielem.

Adoracja przygotowuje nas również do życia wiecznego, bo w Eucharystii adorujemy Tego, który chodził drogami Galilei, cierpiał za nas, zmartwychwstał i żyje w niebie - Tego samego, którego ujrzymy w chwale, którego widok będzie naszym wiecznym nasyceniem. Adoracja przygotowuje nas do tego w sposób tajemniczy, bo poprzez wiarę daje nam widzieć Niewidzialnego, dotknąć Niezmiennego. Przygotowujemy się do tego, by Go widzieć i być nasyconymi Jego wspaniałością, bo adoracja będzie nasyceniem. Jeżeli teraz adorujemy w wierze, w ciemności, to wtedy będziemy twarzą w twarz z pełnią Życia i Światłości. Jedną z najgłębszych tragedii współczesnego świata jest to, że nie oczekuje on już wiecznego szczęścia, jest kompletnie zblazowany, właśnie dlatego, że stworzył sobie bożków nie chcąc czekać, by otrzymać z innych rąk swe szczęście.

Podsumowując chciałbym poruszyć ostatni aspekt adoracji, bez którego wszystko, co dotychczas powiedzieliśmy, byłoby niepełne. Właściwością adoracji eucharystycznej jest zanurzenie nas w tajemnicy Trójcy. Chrystus, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę (Hbr 9,14), ofiarowuje nas wraz z sobą, w tym samym Duchu Świętym. Upodobanie, odpoczynek Ojca w swym Synu i w nas, to również Duch Święty.

Ponieważ Ojciec chce mieć czcicieli w Duchu i w prawdzie, szuka obrazu, upodobnienia do swego Syna na ziemi, aby móc objawić swój dar miłosierdzia i spocząć tam. Tak jak ogień, który wciąż pragnie się rozszerzać, miłość nie może zatrzymać się na sobie. Potrzebuje nie tyle rozlać się szeroko, co dawać się przyciągając do siebie; nie można niczego dodać do pełni Boga, a tymczasem Jego miłość nie może ograniczyć się do Niego samego; On chce, by inne byty miały udział we wspaniałości i nieskończonej pełni, którymi jest. Dlatego szuka czcicieli w Duchu i prawdzie. Prośmy Pana, byśmy każdego dnia choć trochę bardziej się nimi stawali. Stając się czcicielami Boga, ujrzymy Jego chwałę i zostaniemy nią przemienieni, a także przemienimy świat przyciągając go do Boga. (o. Błażej Mielcarek OMI na stronie Misjonarzy Oblatów w Katowicach-Koszutce)