Wydrukuj tę stronę

Pan wyszedł z Nazaretu

 

Pan wyszedł z Nazaretu
Część 2

 

„Każdy, kto dla mego imienia opuści dom […], stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy” (Mt 19,29).

Jezu! Chcąc faktycznie spotkać się z Tobą w swoim szarym, zwyczajnym życiu codziennym i z Tobą razem iść do Ojca, muszę wyjść z domu swoich przywiązań doczesnych; zupełnie podobnie, jak wychodzę z mieszkania na uroczystą procesję Eucharystyczną, aby towarzyszyć Tobie po ulicach, drogach i opłotkach naszych miast, wsi i osiedli. I tutaj natrafiam na pierwszą przeszkodę, która tkwi we mnie samym. Oto nie wiem, a może raczej nie usiłuję dowiedzieć się i spróbować, na czym owo moje wyjście naprzeciw Ciebie polega.

Jak zawsze dotąd, tak i teraz Ty Sam przychodzisz mi z pomocą. W jak najbardziej zrozumiały dla każdego sposób pokazujesz Swoją godzinę opuszczenia domu nazaretańskiego. Przyjąłeś ją z poddaniem. Wolą Swoją zjednoczyłeś się z Wolą Ojca i powołanie oraz posłannictwo, aby zbawić ludzi oraz wrócić do Ojca i przygotować u Niego mieszkań wiele dla nas, postawiłeś ponad sercem.

Jak ta chwila Twojego wyjścia z Nazaretu wyglądała? - Oto drzwi zacisznego i przytulnego domku nazaretańskiego otwierają się. Stajesz o Jezu, na progu, przygotowany już do drogi i z bijącym od miłości Boga i ludzi sercem. Rzucasz jeszcze ostatnie spojrzenie do wnętrza domu. Oto stół, przy którym już nie zasiądziesz i nie będziesz pożywał codziennego posiłku przygotowanego ręką Matki. Oto posłanie ułożone ręką matczyną, na którym już nie spoczniesz. Oto spojrzenie Matki, która za chwilę, patrząc na opustoszałe przez Ciebie miejsce, może zapłacze nawet - a potem wyjdzie za Tobą z domu, aby nie patrzeć na kąty, z których wyzierać będzie pustka po Tobie. Oto ostatnie Jej błogosławieństwo, płynące z Jej macierzyńskiego Serca, które po latach będzie zagłuszać krzyk podburzonego tłumu: „Ukrzyżuj Go!"

A przed Tobą? - Życie w służbie Pańskiej, w której pokarmem Twoim będzie pełnienie Woli Ojca; życie biedniejsze od życia ptasząt i liszek, co mają swoje gniazda i nory; życie pełne przerażających kontrastów, uwitych z okrzyków pochwalnych oraz knowań i prześladowań Ciebie, a uwieńczone w końcu wstrząsającym dramatem Kalwarii.

Ale Ty nie zawahałeś się! Na owym progu domku nazaretańskiego ogrzała Cię miłość Boga i ludzi, która poprzez te wszystkie trudy mękę i śmierć dokona zbawienia biednej nieszczęśliwej ludzkości, a Ciebie doprowadzi do chwalebnego Zmartwychwstania i wywyższenia na prawicy Ojca. „Trzeba było - powiesz kiedyś - aby Syn człowieczy przeszedł to wszystko i tak wszedł do chwały swojej” u Ojca! Trzeba więc iść do tych, których dał Ci Ojciec, aby żaden z nich nie zginął, ale wszyscy stali się jedno z Tobą, a przez Ciebie i w Tobie z Ojcem. - I odszedłeś!

Jezu! Serce mi się ściska na widok tej sceny, a zarazem ze śmiertelną trwogą pytam się Ciebie: Czy i jak mam podobnie postępować na każdy dzień, aby spotkać się z Tobą na szlakach mojego doczesnego życia?

A Ty Swoim zwyczajem przypominasz mi te epizody z mojego życia, kiedy to opuszczałem to i owo - bardzo dla mnie drogie - aby osiągnąć coś większego i cenniejszego według mego mniemania; kiedy to opuściłem nawet swoich rodziców, rodzeństwo, dom mego dzieciństwa, aby spotkać się w jedności życiowej z kimś obcym mi, co do krwi, ale za to bardzo drogi dla mego serca. Przypominasz mi te rzeczy i te osoby, które opuściłem dla innych rzeczy i dla innych osób i nigdy już nie wróciłem do nich. Opuszczałem je może nawet z płaczem, a zawsze z cierniem bólu w sercu, wierząc jednak, ze takie było moje powołanie życiowe.

I w tej chwili rzucasz mi, o Jezu pytanie: A co opuścisz dla mnie? Jak szacujesz żywot wieczny i chwałę Ojca? Jak cenisz mnie?
Zaprawdę powiadam ci... każdy, kto dla mego imienia opuści dom… stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy!

Jezu! Teraz pojmuję już wszystko! A przede wszystkim pojmuję mój egoizm, który dotąd wstrzymywał mnie przed opuszczeniem nędznych doczesnych przywiązań, aby móc spotkać się z Tobą, a w Tobie i przez Ciebie z Wolą Ojca; aby móc w pełnej wolności ducha kroczyć z Tobą razem przez to życie i dążyć do Ojca. - Niestety! Jakżesz często wybierałem zamiast Ciebie i zamiast życia z Tobą nędzne przyjemności i zachcianki, dlatego tak często rozmijałem się z Tobą, pozostawałem sam i - o zgrozo! - tkwiąc w gniazdku swoich doczesnych przywiązań, żaliłem się jeszcze na Ciebie, żeś mnie opuścił.

Od tej chwili będzie inaczej - musi być inaczej! Już nie chcę więcej popełniać tych głupstw życiowych, których konsekwencje sięgają w wieczność - którymi sam siebie niejako z góry skazuję na wieczną samotność i pustkę, bo na wiekuiste bytowanie bez Ciebie.
Od dzisiaj nie chcę już wahać się! Pomóż mi tylko, o Jezu! Niech scena opuszczenia przez Ciebie Nazaretu będzie dla mnie stale brzmiącym mi w uszach pytaniem: A co ty opuścisz dla mnie?

Jezu Kochany! Przyjdź! Oto już wychodzę na Twoje spotkanie, dla Ciebie zrywając więzy grzesznych egoistycznych przywiązań, aby - połączywszy się z Tobą - świadczyć swoim życiem o prawdziwości słów, które powtarzam codziennie według Twego rozkazania: „Ojcze nasz. Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi!”