Wydrukuj tę stronę

Świadectwo z parafii św. Józefa

 

Parafia ożywiona modlitwą

Fragmenty artykułu ks. Jana Sikorskiego (z portalu internetowego Katolik.pl )

Jestem proboszczem jednej z warszawskich parafii. Mam tę przyjemność, że św. Józef jest jej patronem. Jak wiemy, w Piśmie Świętym nie zanotowano ani jednego jego słowa, ale zdziałał dużo i działa do dzisiaj. Myślę, że to, co stało się w parafii, którą mam radość reprezentować, jest jego wielkim, cichym dziełem. [...]

W parafii, o której doświadczeniu mam mówić, staramy się rozbudować ducha modlitwy, tak słowem, jak i czynem. Istnieje mnóstwo zespołów o charakterze modlitewnym. Aby to wszystko pogłębić teologicznie, uczestnicy praktykują wspólną modlitwę nieraz do późnych godzin nocnych. [...]

Myślę, że wszystkie te inicjatywy stworzyły pewien klimat, który pozwolił na to, by w mojej parafii mogła zaistnieć wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu.

Otwarty kościół

Jak doszło do wieczystej adoracji? Bardzo prozaicznie. Kiedy zostałem proboszczem wielkomiejskiej parafii, poszedłem do kościoła, by klęknąć przed tabernakulum i przedstawić się Panu Jezusowi. Tymczasem ten gest został uniemożliwiony przez kratę oddzielającą przedsionek od wnętrza kościoła. Nie postawił jej Pan Jezus, umieścili ją tam ci sami ludzie, którzy na co dzień troszczą się, aby kościół stanął między ich domami, którzy go budowali, którzy do niego przychodzą i ofiarnie dbają o jego wygląd. Jednak Gospodarz parafii, Pan Bóg, czuwał i chwilę później przysłał na plebanię niezwykle dynamiczną parafiankę, z którą doszło do mniej więcej takiego dialogu: "Czy ksiądz jest proboszczem?" Odpowiadam: "Tak proszę pani". "To jak ksiądz może pozwolić na to, żeby taka krata odgradzała wiernych od Pana Jezusa, który jest w tabernakulum? To przecież skandal!" Spojrzałem na nią i odpowiedziałem pytaniem: "A Pani dawno jest tu parafianką?" "Dawno". "Ja jestem proboszczem od kilkudziesięciu minut... Jak mogła pani pozwolić na to, żeby taka krata mogła być w kościele? To przecież skandal!" Pan Bóg, posługując się tą pierwszą sprzeczką, zmierzał do czegoś, czego obie "kłócące się" strony w ogóle nie były w stanie przewidzieć, mianowicie do powstania pierwszego etapu wieczystej adoracji w parafii św. Józefa na warszawskim Kole.

Po uroczystościach objęcia parafii, podzieliłem się z wiernymi refleksją na temat kraty oddzielającej od Chrystusa i zapytałem ich, czy nie można otworzyć kościoła, aby przez cały czas mógł służyć do modlitwy. Zaproponowałem więc dyżury dla ochotników i wstępną strukturę organizacji. Istniejące zespoły parafialne przyszły z pomocą i została stworzona pewna struktura: każdy dzień otrzymał dwóch koordynatorów. Oni przygotowali odpowiednie listy i przyjmowali zgłoszenia wiernych, którzy chcieliby trwać w kościele na modlitwie, chroniąc jednocześnie kościół przed tymi, którzy zaglądaliby do niego niekoniecznie w modlitewnych celach. Puste listy na skutek ogłoszeń zaczęły się powoli zapełniać. Zgłosiło się dość dużo osób na poszczególne dni tygodnia, tak że wkrótce kościół mógł zostać otwarty i krata nie była już potrzebna.

Po pewnym czasie inni parafianie przyszli z propozycją, aby modlić się jeszcze po wieczornej Mszy świętej. Wobec tego godziny otwarcia zostały przedłużone. Jeden z parafian powiedział, że może czuwać w kościele do północy.


Wieczysta adoracja

Zwyczaj odwiedzania kościoła i trwania na modlitwie utrwalił się. Jednocześnie odczuwaliśmy pewien niedosyt. Zaczęliśmy myśleć o adoracji Najświętszego Sakramentu wystawionego w monstrancji. Przeznaczyliśmy czwartek na wystawienie Najświętszego Sakramentu. Następnym krokiem w kierunku wieczystej adoracji był szczęśliwy pomysł, zasugerowany znowu przez któregoś z parafian, aby zaprosić księdza Krzysztofa Małachowskiego z USA, który jest apostołem wieczystej adoracji. Przyjechał, by głosić rekolekcje w naszej parafii. Okazało się, że wiele kościołów w stanach Zjednoczonych i w innych krajach świata praktykuje taką adorację. Przemawiając do wiernych, zaczął zachęcać również do nocnej adoracji. Zdawałem sobie sprawę z tego, jakie trudności się z tym wiążą, ale pomysł został rzucony.

Zaczęli przychodzić do mnie uczestnicy różnych wspólnot z prośbą, bym pozwolił na nocną adorację raz w tygodniu. Ogłosiłem więc na ambonie, że taka a taka wspólnota objęła jedną noc. Potem zgłosiła się druga i tak powoli wszystkie noce zostały "obsadzone". Ksiądz Prymas zezwolił na wystawienie Najświętszego Sakramentu w kaplicy Matki Bożej i tak się zaczęło: dzień i noc. Trwa to do dziś mniej więcej od piętnastu lat.

Radość i entuzjazm były ogromne, choć oczywiście trawiło nas wszystkich pytanie, jak długo tak wytrzymamy? Jednak nurt modlitwy adoracyjnej zaczął porywać wielu parafian. W związku z nową sytuacją trzeba było ubogacić strukturę formalną, wprowadzić nowych koordynatorów. Zostało powołane bractwo adoracyjne, liczące kilkaset osób. Większość tych ludzi uczestniczyła już w zespołach parafialnych, tam otrzymali swoją formację duchową. Wszyscy adorujący w miarę możliwości zbierali się na Mszy św. w pierwszy piątek miesiąca. Po niej główny koordynator, zwany superiorem, prowadził krótkie spotkania, dzieląc się informacjami, sprawami i przemyśleniami, stwarzając też okazję do zadawania pytań.

Na adorację przychodzą także osoby z innych parafii, chociaż jeszcze nie wszyscy w Warszawie wiedzą o możliwości takiej modlitwy. Kościół jest otwarty, światło pali się całą noc, a w lewej nawie kościoła, w kaplicy Matki Bożej jest wystawiony Najświętszy Sakrament. Wokół ustawiono klęczniki, przy wejściu znajduje się podręczna biblioteczka, w której są modlitewniki oraz książki z zakresu życia duchowego, modlitwy, litanie, nowenny oraz bieżące czytania z liturgii dnia. Modlitwa w zasadzie jest cicha, chociaż niektóre grupy modlą się wspólnie.


Zawsze można przyjść

Oczywiście, napotykaliśmy też na pewne trudności. Kościół był otwarty, więc przychodzili do kościoła bezdomni i spędzali tu noc. Pewnego dnia naliczyłem ich czterdziestu. Kościół zaczął zmieniać swój charakter: z miejsca adoracji stawał się noclegownią, i trzeba było to ukrócić. Dlatego teraz jeden z parafian pełni nieustanny dyżur i pilnuje porządku w kościele. Zdarzały się też drobne kradzieże, ale to wszystko jest niczym w stosunku do dobra, jakie otrzymujemy, a którego nie sposób przeliczyć na żadne materialne wartości. Tym dobrem jest otwarty kościół, do którego w każdej chwili można przyjść.

W sposób spontaniczny powstały różne momenty wspólnej modlitwy: Anioł Pański, nie tylko w południe, ale i o północy, koronka do Miłosierdzia Bożego o godzinie piętnastej. W ostatnim dniu rekolekcji przenosimy Najświętszy Sakrament na główny ołtarz i nie ma wtedy żadnych konferencji poza adoracją i spowiedzią. Ostatnio na skutek inicjatywy samych księży wprowadziliśmy również adorację i spowiedź całonocną.

Owoce adoracji

Owoce adoracji są trudno uchwytne, choć wiemy, że najważniejsze jest to co niewidzialne dla oczu, choć pewne znaki można zobaczyć. Na przykład wiele osób, które przychodzą po raz pierwszy do naszego kościoła, mówi mi, że panuje tu szczególny nastrój. W tym kościele człowiek dobrze się modli, gdyż panuje tu klimat modlitwy. Od piętnastu lat nie widziałem klucza od kościoła i specjalnie go nie szukam, skoro kościół i tak jest otwarty. Adoracja nie załamała się, mimo że otoczenie kościoła nie należy do najbezpieczniejszych.
W parafii, w latach trwania adoracji, powstało wiele różnych zespołów i wspólnot ewangelicznych, modlitewnych, apostolskich, społecznych. Rada parafialna składa się z szefów tych zespołów. Dlatego liczy ona już ponad pięćdziesiąt osób i są w niej tylko ci, którzy mają coś do powiedzenia.

Myślę, że ta wyzwolona aktywność ludzi znajduje swoje umocnienie w modlitwie, która skłania wiernych do podjęcia gestów płynących z wiary. Aktywność przenika modlitwę, a modlitwa szczęśliwie przenika aktywność. Actio i contemplatio, działanie i modlitwa, tutaj znajdują swój szczęśliwy związek.

Więcej na stronie http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=801

 

Wywiad z ks. Zbigniewem Godlewskim, organizatorem I Krajowego Forum Wieczystej Adoracji w Warszawie - tutaj