Wydrukuj tę stronę

Kościoły zamknięte


Choć jest coraz więcej kościołów, w których trwa adoracja, to jednak większość z nich pozotstaje zamkniętych na całe godziny dnia, a także na godziny wieczorne i nocne. Co myśleć o zamkniętych kościołach? Co czynić, aby zostały one na nowo otwarte? Oto dwie niezwykłe refleksje na ten temat. Pierwsza jest autorstwa ks. kardynała Józefa Ratzingera, a druga o. profesora Jacka Salija OP. Obydwie ukazują, że otwarte lub zamknięte drzwi naszych kościołów to także znak, mówiący wiele o nas samych, o naszej wierze i o czasach, w których żyjemy. Poniższe teksty są również świadectwem wiary i modlitwy autorów.

Kościół otwarty i zamknięty

Józef Ratzinger, Szukajcie tego, co w górze, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2007 s. 119-121

Przed kilkoma laty w wielu kościołach regionu przedalpejskiego można było znaleźć plakat, którego wymowa także dziś zasługuje na rozważenie. Widniał tam potężny portal kościoła klasztornego Benedyktynek na wyspie, na jeziorze Chiemsee, z dwoma głowami lwów na gałce u drzwi, które jakby stały na straży świętości. Drzwi na plakacie są na wpół otwarte: lwy czuwają i wpuszczają tylko tego, który jest w zgodzie z duchem świątyni. W ten sposób kościół jest przedstawiony jako otwarty, ale równocześnie chroniony. Lew, który go strzeże i zarazem doń wpuszcza, uosabia wspólną cześć dla Świętości, która jest więcej warta niż rygle, ponieważ chroni od środka.

Pod taką ochroną przez stulecia nasze kościoły mogły stać otwarte i nikt nie musiał troszczyć się o kosztowności, które rzucały się w oczy. Próbuje się dziś podczas świąt ulicznych upowszechnić kulturę i sprawić, by była znowu dostępna także dla tego, który nie może lub nie chce kupować biletów do teatru czy na koncert. Najpiękniejszą formą publicznej i otwartej dla wszystkich kultury były nasze kościoły otwarte aż do dziś. Kiedy jeden z pionierów sztuki współczesnej w końcu XIX wieku chciał wystawić swoje obrazy nie w muzeum, lecz na dworcu, zapomniał, że Zachód nie potrzebował tego rodzaju rewolucji proletariackiej, ponieważ już od dawna posiadał w kościele wspólny dom piękna o wiele wyższego rodzaju, w którym sztuka nie jest przywilejem nielicznych ani wyrazem przeszłości, lecz żywą teraźniejszością, wspólnym Centrum życia, które wszystko przenika i promieniuje do codzienności. Dzisiaj, oczywiście, zagraża nam niebezpieczeństwo, że może coś zginąć, a strata ta będzie znakiem duchowej przepaści, która ostatecznie oznacza upadek kultury w barbarzyństwo. Coraz częściej wędrowiec stoi dzisiaj przed zamkniętymi drzwiami kościoła: metaforyczny lew już nie wystarcza, a w jego miejsce weszły zamki. Kradzież sztuki w ostatnich latach nabrała charakteru systemowego; nierzadko proceder odbywa się na podstawie katalogów w antykwariatach i poprzez znawców, którzy sprowadzają poszukiwane dzieła. To, co kiedyś było wspólne, staje się własnością prywatną. To, co było święte, staje się blichtrem samouwielbienia. To, co było współczesnością, staje się rozgrywką z przeszłością.

Zamknięty kościół, w którym chronione ma być to, co wspólne, nie jest odpowiedzią, która mogłaby nas uspokoić. Oznacza ona bowiem, że kościół przestaje być tym, czym był wcześniej i że wspólne święte centrum życia, w którym wszyscy jesteśmy na siebie otwarci, w którym Bóg i świat świętych stoją przed nami otwarci, zanika. Oznacza to, że Kościół skapitulował przed prawami naszych czasów, w których wszystko jest już tylko rynkiem, a my sami w końcu też jesteśmy urynkowieni. Dlatego na wspomnianym plakacie mamy obraz, który przełożony na słowo, jest wezwaniem: pomóżcie nam utrzymać nasze kościoły otwarte jako miejsca cichej modlitwy.

Reinhold Schneider w trudnych czasach II wojny światowej napisał słowa: „Tylko modlącym się może się jeszcze udać powstrzymać miecz nad naszymi głowami”. Te słowa są tutaj całkiem na miejscu: tylko obecność modlących się może chronić kościół od wewnątrz. Tylko oni mogą utrzymać otwarty kościół, ponieważ losy budynków kościoła są tutaj losem żywego Kościoła. Zamknięty budynek kościoła oznacza Kościół, który już nie może być otwarty od wewnątrz, ponieważ rozmija się z zepsutym duchem czasów. W tej perspektywie nie chodzi w żadnym wypadku o szczególne życzenia chrześcijan, lecz o możliwość autentycznego, ludzkiego bycia razem dla nas wszystkich. Słowa kardynała Faulhabera, że kultura duszy jest duszą kultury, są tu namacalnie prawdziwe. Zamknięte i splądrowane kościoły powinny stać się dla nas znakami ostrzegawczymi, które zaprowadzą nas z powrotem do kultury duszy, zanim będzie za późno.


Otwarte kościoły

Jacek Salij OP, Otwarte kościoły, Więź 2002 nr 10 s.53-54.

Przez całe moje dorosłe życie mieszkam w domach, w których znajduje się kaplica z Najświętszym Sakramentem. Dużo jeżdżę, ale tak się składa, że co najmniej połowie domów, gdzie znajduję gościnę, również mogę nocować – że tak powiem – z Panem Jezusem pod tym samym dachem. Niedawno głosiłem rekolekcje na Łotwie, przy okazji odwiedziłem współbraci z Liepai (Lipawy). Ojciec Valdis Lapelis, wprowadzając mnie do klasztoru, powiedział mi zaraz na początku: „My jesteśmy tylko dzierżawcami tego domu, może najpierw zaprowadzę ciebie do Właściciela”. I zaprosił mnie do kaplicy.

Jest to zupełnie niesamowity przywilej mieszkać w przestrzeni tej Obecności. Nie zawsze nawet muszę przychodzić do kaplicy, żeby duchowo wejść w przestrzeń Najświętszego Sakramentu. Na przykład kiedy nie mogę uczestniczyć we wspólnych modlitwach brewiarzowych i odmawiam je prywatnie, lubię modlić się półgłosem. Rzecz jasna, z taką manierą nie pójdę do kaplicy, modlę się wtedy u siebie, ale pamiętam wtedy zarazem, że zaledwie kilkanaście metrów dzieli mnie od Najświętszego Sakramentu.

Dokładnie w tym punkcie ukształtowało się moje stanowcze ”nie” wobec wszelkiego majsterkowania w wierze. Podczas studiów teologicznych raz po raz natrafiałem na wypowiedzi różnych liturgicznych archeologów, którzy z wielką pewnością siebie krytykowali adorację Najświętszego Sakramentu, święto Bożego Ciała, procesje eucharystyczne, itp. Swojego czasu wiele krzywdy mi wyrządzili ci ludzie, i niestety, całemu Kościołowi.

Schizofreniczna sytuacja, kiedy jednocześnie pielęgnowaliśmy tradycyjny kult eucharystyczny i przez różnych przemądrzałych teologów byliśmy nastawiani przeciwko niemu, mogła się skończyć różnie. Bogu dziękować, ostatecznie chyba wzrosło we mnie zrozumienie dla tego bezcennego duchowego skarbu, jakim jest eucharystyczna obecność Pana wśród swojego ludu. Zapewne inaczej by się to skończyło, gdybym nie widział codziennie tak wielu ludzi, którzy przychodzą przed tabernakulum, ażeby się tu umocnić, napełnić pokojem, znaleźć pociechę, odnowić nadzieję.

Zagrożenie, jakie dzisiaj przyszło dla tej najwspanialszej formy przebywania Pana Jezusa wśród nas, jest bardziej radykalne, a zarazem zawstydzająco prozaiczne. Mianowicie wskutek powtarzających się wizyt złodziejskich w otwartych kościołach, albo i przypadków profanacji, księża zaczęli kościoły zamykać. Rozwiązywanie problemów po najmniejszej linii oporu rzadko jest najlepszym wyjściem z kłopotliwych sytuacji. W tym przypadku, zamknięcie kościoła chroni może przed złodziejami, ale zarazem odcina wiernych od niezwykle ważnego źródła żywej wiary. Jest to wielka krzywda wyrządzona nawet tym, którzy w ogóle nie mieli zwyczaju choćby tylko od czasu do czasu wpadać do pustego kościoła na krótką modlitwę. Wielu z tych ludzi miało w każdym razie świadomość, że coś takiego jest możliwe – i w końcu jednak czasem z tej możliwości korzystali.

W niektórych kościołach otwarta jest przynajmniej kruchta, z której przez oszklone drzwi widać tabernakulum. Dobre i to, jednak prawdziwe pogrążenie się w adoracji jest w tych warunkach praktycznie niemożliwe. W kruchcie jest za ciasno, zbyt ruchliwie, nie ma tej intymności, jaką można znaleźć po wejściu do kościoła. Anonimowa kobieta, cała pogrążona w modlitwie, której widok tak istotnie przyczynił się do nawrócenia świętej Edyty Stein, w kruchcie nie mogłaby modlić się tak intensywnie. Nawet psychologicznie biorąc, nie są to pełne odwiedziny, jeśli otwarto przede mną tylko przedsionek.

Najbardziej zawstydza to, że to nie wrogowie Kościoła ograniczają życie wielu naszych świątyń tylko na czas nabożeństw. Co najbardziej zdumiewa: Decyzje o takim zamykaniu kościoła podejmują ludzie, którzy sami mają nieraz w swoich domach kaplicę i powinni coś wiedzieć z własnego doświadczenia, jak wielkim darem jest możliwość przyjścia przed Najświętszy Sakrament o każdej porze dnia.

Wróciłem świeżo z Łotwy, gdzie odwiedziłem wprawdzie tylko dwa miasta, oba historycznie protestanckie, Lipawę i Rygę, za to w obu tych miastach nawiedziłem dosłownie wszystkie katolickie kościoły. Wszystkie były otwarte, w każdym ktoś się modlił, w katedrze ryskiej modliło się kilkanaście osób. W każdym z tych kościołów natychmiast po wejściu zauważało się człowieka, który nad nim czuwał. Siedział on zazwyczaj przy jakimś stoliku z książkami, a jeden rzut oka wystarczył, żeby się zorientować, że chodzi tu nie tyle o handel, co o apostolstwo za pomocą książki. Ktoś mi powiedział, że to czuwanie nad otwartym kościołem zazwyczaj biorą na siebie panie z Legionu Maryi.

Serce podskakiwało mi z radości, że w protestanckiej Łotwie katolicy tak dbają o to, żeby ich kościoły były otwarte. Otwarty kościół, w którym przechowywany jest Najświętszy Sakrament, to nie dające się przecenić miejsce – że nawiążę do sformułowania Redakcji „Więzi” – „duchowego odrodzenia, uzdrowienia i pogłębienia”.